Bogatynia to miasto, które dla wielu jest tylko punktem na mapie, ale dla Agnieszki Matuszewskiej to miejsce, gdzie wszystko się zaczęło. Choć dziś mieszka we Wrocławiu i realizuje się jako dojrzała kobieta, mama i autorka, w jej sercu wciąż wybrzmiewają echa dolnośląskich lasów i zapach rodzinnego domu. Już 31 marca odbędzie się premiera jej debiutanckiej powieści pt. „Powrót do siebie”. Z tej okazji rozmawiamy o literackich początkach, sile natury, sentymencie do rodzinnych stron oraz o tym, czy spokój jest kwestią miejsca, czy może wewnętrznego wyboru.
Redakcja bogatynia.info.pl: Pani Agnieszko, wielu mieszkańców Bogatyni pamięta Panią jeszcze z czasów szkolnych jako Agnieszkę Sokalską. Jakie to uczucie – wracać do rodzinnego miasta już nie tylko jako gość, ale jako autorka debiutanckiej powieści?
Agnieszka Matuszewska: Nie da się opisać tego uczucia jednym słowem. Bogatynia jest miejscem, gdzie wszystko się zaczęło, w tym moje pierwsze próby pisania, choć wtedy jeszcze nie śmiałam marzyć o tym, jak potoczy się moja droga. Darzę to miasto ogromnym sentymentem i zawsze chętnie tu wracam. Nie jestem już dawno Agnieszką Sokalską, bo ludzie zmieniają się z wiekiem – wciąż jednak tamta Agnieszka jest we mnie i to właśnie jej zawdzięczam to, gdzie jestem dzisiaj.
Akcja „Powrotu do siebie” toczy się na Lubelszczyźnie, ale w opisie książki czytamy o zapachu starego drewna i naturze. Czy te opisy były inspirowane krajobrazami naszych okolic, na przykład domami przysłupowymi, które są wizytówką regionu Bogatyni?
Akcja powieści dzieje się na Lubelszczyźnie, ale moje zmysły ukształtował Dolny Śląsk, więc naturalnie przenika on do mojej twórczości. Natura jest mi bliska od zawsze, a krajobrazy okolic Bogatyni w dużej mierze budowały moją wrażliwość, kiedy dorastałam.
Jeśli zaś chodzi o domy przysłupowe – zostawmy je na osobną historię. Są tak unikalne, że zasługują, by poświęcić im więcej uwagi.
Mieszka Pani obecnie we Wrocławiu – dużym, tętniącym życiem mieście. Czy pisząc o ucieczce głównej bohaterki na wieś, przelewała Pani na papier własną tęsknotę za spokojniejszym tempem życia, które kojarzy się z rodzinnymi stronami?
Wrocław jest miastem pełnym uroku i wyjątkowego klimatu. Znajdzie w nim swoje miejsce nie tylko osoba szukająca wielkomiejskiej rozrywki i energii, ale też osoba, która – jak ja – potrzebuje spokoju i wyciszenia. Trzeba po prostu wiedzieć, gdzie szukać – wtedy naprawdę można odnaleźć swoją równowagę.
Bohaterka mojej książki wyjeżdża z wielkiego miasta, gdzie ceniła anonimowość, na wieś, gdzie wszyscy się znają, a relacje międzyludzkie mają zupełnie inny wymiar. To ją początkowo przytłacza, ale też właśnie to może okazać się jej szansą, by naprawdę „wrócić do siebie”.
Czy ja tęsknię za spokojniejszym trybem życia? Nie. Bo spokój to dla mnie nie miejsce, a wybór. I staram się go dokonywać świadomie każdego dnia, niezależnie od tego, gdzie mieszkam.
Wielu Bogatynian opuszcza miasto na studia i zostaje w większych aglomeracjach. Czy w Pani sercu Bogatynia wciąż zajmuje miejsce tego „pierwszego domu”, do którego wraca się z sentymentem, czy może Wrocław stał się już tą docelową przystanią?
Bogatynia to korzenie – choć nie jest moim pierwszym domem, bo przeprowadziliśmy się tu z rodzicami, kiedy otwierano SP3. To tutaj dorastałam, nawiązywałam pierwsze przyjaźnie i uczyłam się świata. To dom – nie tylko w kontekście fizycznym, ale i emocjonalnym.
Wrocław jest natomiast moją teraźniejszością – to miejsce, w którym żyję, pracuję, tworzę i wychowuję dzieci. To również mój dom – ten, który buduję już jako dorosła osoba. Równie ważny, jak ten z dzieciństwa.
W powieści ważną rolę gra symboliczna „stara lipa”. Czy w Bogatyni miała Pani swoje ulubione miejsce – taki własny azyl, który ukształtował Pani wrażliwość literacką?
Nie miałam jednego konkretnego miejsca, które mogłabym nazwać swoim azylem – dla mnie takim schronieniem od zawsze była po prostu natura. Kontakt z nią mam chyba wpisany w DNA! Miłość do przyrody przekazali mi rodzice i bardzo mocno przenika ona do mojej twórczości. Moja mama – „pani od biologii” – nauczyła mnie patrzeć na świat uważniej, dostrzegać życie w drobiazgach, rozumieć rytm przyrody i szanować naturę. Tata natomiast zabierał mnie na spacery po bogatyńskich lasach, gdzie znajdowałam ukojenie i uczyłam się wyciszać, gdy natłok myśli i emocji mnie przerastał. Do tej pory, kiedy świat mnie przytłacza, najchętniej wracam właśnie do tej najprostszej metody.
Główna bohaterka, Karolina, mierzy się z trudami remontu i nieprzychylnością otoczenia. Czy w Pani drodze do wydania książki również pojawiały się takie „wilki” i przeciwności losu, które musiała Pani pokonać?
Mnóstwo! I wciąż się pojawiają! Szczególnie wtedy, gdy zaczynam wierzyć, że „teraz to już będzie tylko łatwiej”. To jednak nie tyczy się tylko pisarstwa, ale życia ogólnie – myślę, że nie tylko mojego. Droga do spełnienia marzeń rzadko bywa prosta i trzeba to po prostu zaakceptować. Przeciwności losu są jej częścią i to od nas zależy, jak do nich podejdziemy. Mogą być źródłem naszych łez lub naszej siły. Ja wybieram to drugie, bo wierzę, że to właśnie kamienie na naszej drodze uczą nas największej determinacji i to dzięki nim stajemy się lepszymi wersjami samych siebie.
Bogatynia to miasto o specyficznym klimacie, położone na styku trzech granic. Czy planuje Pani w kolejnych częściach trylogii przemycić jakieś wątki bezpośrednio związane z naszym regionem lub jego historią?
Trylogia jest już napisana i obecnie trwają intensywne prace wydawnicze nad drugim i trzecim tomem. W tej historii skupiam się na Lubelszczyźnie, a konkretnie na Niezgubce, która jest miejscem fikcyjnym, ale jednocześnie w licznych kwestiach bardzo bliskim wielu polskim wioskom. Natomiast Bogatynia… myślę, że ona znajdzie jeszcze miejsce w mojej twórczości. Jest zbyt ważną częścią mnie, by ją pominąć.
Mówi się, że „nie przesadza się starych drzew”, a Pani bohaterka rzuca wszystko i zaczyna od nowa. Co chciałaby Pani przekazać swoim krajanom z Bogatyni, którzy być może też marzą o wielkiej zmianie, ale boją się zaryzykować?
Powiedziałabym jedno: nie bójcie się słuchać siebie. ZAWSZE warto ryzykować, jeśli naprawdę czujemy, że coś jest dla nas ważne. Strach przed zmianą jest naturalny, bo każda zmiana wymaga gotowości na nowe wyzwania i pracy nad sobą, a przede wszystkim – wyjścia ze strefy komfortu. To zawsze wiąże się z wysiłkiem, często też wymaga kompromisów, trudnych decyzji i poświęcenia. Mimo wszystko uważam, że zdecydowanie warto – bo właśnie po drugiej stronie tego strachu bardzo często czeka życie, którego naprawdę pragniemy.
Jak Pani bliscy i znajomi z czasów „bogatyńskich” zareagowali na wieść o premierze? Czy otrzymała Pani już jakieś pierwsze sygnały wsparcia z rodzinnego miasta?
Bliscy zawsze mnie wspierali, bez względu na to, na jakim etapie życia byłam, i jestem im za to ogromnie wdzięczna. Moja siostra to mój literacki i życiowy „anioł stróż”. Jest moim pierwszym beta-czytelnikiem i najszczerszym krytykiem – była ze mną w tej historii od samego początku i ze sprawnością sapera (analityczny umysł, wiadomo) wyszukuje niespójności, które wkradają się w pierwsze szkice. Moi rodzice również bardzo mnie wspierają i kibicują mi. Są moją bezpieczną bazą. Wychowali mnie tak, bym była samodzielna i wierzyła w siebie, jednocześnie dając mi poczucie, że zawsze mogę na nich liczyć. To ich wsparcie daje mi siłę w chwilach, kiedy jest trudno. Dociera do mnie również mnóstwo ciepłych wiadomości od znajomych z Bogatyni – to naprawdę poruszające.
Premiera „Powrotu do siebie” już 31 marca. Czy planuje Pani spotkanie autorskie w Bogatyni? Lokalni czytelnicy z pewnością chcieliby osobiście pogratulować Pani sukcesu.
Oczywiście! Bardzo chciałabym zorganizować spotkanie autorskie w Bogatyni – nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej. Jestem już nawet po wstępnych rozmowach na ten temat z panią dyrektor Biblioteki Publicznej w Bogatyni i mam o gromną nadzieję, że już wkrótce będę mogła spotkać się z czytelnikami.