Od pierwszych lekcji gry na pianinie w Bogatyńskim Ośrodku Kultury, przez buntownicze fascynacje Led Zeppelin, aż po współpracę z muzykami Carlosa Santany – droga Szymona Justyńskiego to historia o nieustępliwości, pasji i autentyczności.
Muzyka w jego domu nie była wyborem, lecz naturalnym elementem codzienności, tak oczywistym jak oddychanie. Dziś Szymon, znany na scenie jako „El Tornado” ze względu na swoją nieokiełznaną energię, dzieli życie między występy na wielkich festiwalach a precyzyjną pracę w studio nad swoim autorskim, międzynarodowym projektem Last Romantic Warrior. Mimo sukcesów i współpracy z amerykańskimi gwiazdami funku i soulu, takimi jak Ray Green, muzyk nie zapomina o swoich korzeniach. W szczerej rozmowie opowiada o dyscyplinie godnej sportowca, miłości do gitary basowej od pierwszego wejrzenia oraz o tym, dlaczego warto iść pod prąd, nawet jeśli pochodzi się z małego miasteczka.
Redakcja: Muzyczne geny czy ciężka praca? Gdy cała rodzina żyje muzyką, instrument staje się niemal zabawką w dzieciństwie. Czy kiedykolwiek miałeś moment buntu, w którym chciałeś robić coś zupełnie innego, czy muzyka była dla Ciebie tak naturalna jak oddychanie?
Szymon Justyński: Muzyka była dla mnie czymś absolutnie naturalnym - obecna w moim życiu od zawsze. W domu cały czas coś grało, instrumenty leżały pod ręką: pianino, bas, gitara. Można było je po prostu brać i grać. Dzięki temu muzyka nigdy nie była obowiązkiem ani narzuconą ścieżką, tylko częścią codziennego życia. Nie było nigdy momentu buntu w stylu: „rzucam to i robię coś zupełnie innego". Już jako sześciolatek zaczynałem grać na pianinie i bardzo szybko poczułem, że to jest moja droga moja misja: tworzyć i grać muzykę. Oczywiście zdarzały się chwile zmęczenia czy frustracji, ale nigdy nie miałem poczucia, że muzyka mnie ogranicza. Wręcz przeciwnie - dawała mi przestrzeń i osobisty odlot. Ogromną rolę odegrała też rodzina i jej wsparcie od samego początku. Tata puszczał mi w domu płyty takich artystów jak Pat Metheny Group czy Toto - dzięki tej muzyce wykreował we mnie wrażliwość muzyczną, której nie da się nigdzie kupić - i to on pokazał mi, jak nastroić bas, gdy pierwszy raz po niego sięgnąłem. Ważną postacią był też mój dziadek, który przez lata prowadził zespół „Gong" w Bogatyni. Dzięki temu świat muzyki znałem od kuchni i fascynowało mnie wszystko, co się z nim wiąże. Geny na pewno miały znaczenie, ale bez codziennego obcowania z instrumentem i wielu godzin ćwiczeń przez lata niewiele by z tego było. Muzyka po prostu rosła razem ze mną, aż stała się jak oddychanie - czymś, bez czego nie potrafię funkcjonować.
Redakcja: Jak wyglądają spotkania rodzinne u Justyńskich – czy potraficie rozmawiać o czymś innym niż koncerty, brzmienia i nowe projekty, czy jednak każde spotkanie kończy się wspólnym jam session?
Szymon Justyński: Szczerze? Chyba jeszcze nigdy nie było takiego spotkania, żeby temat muzyczny w ogóle nie został poruszony (śmiech). Zawsze i tak zaczyna się lub kończy od muzy - albo ktoś opowiada o jakichś muzycznych nowościach, albo wracamy do klasyki, albo wymieniamy się historiami. Najczęściej po prostu wspólnie słuchamy muzyki - czy to winyle, CD, czy koncert na YouTube - zawsze się coś znajdzie. Nie musi być żadnego wielkiego planu ani jam session, żeby muzyka była obecna. To po prostu naturalna część naszych spotkań, tak jak jedzenie czy rozmowa przy herbacie. Oczywiście rozmawiamy też o innych rzeczach - życiu, planach, codziennych sprawach ale muzyka zawsze gdzieś tam w tle czai się i prędzej czy później wraca do stołu. I szczerze mówiąc, nawet nie wyobrażam sobie, żeby mogło być inaczej.
Redakcja: Dlaczego bas? Zacząłeś od fortepianu w wieku 6 lat, ale to gitara basowa stała się Twoim głównym głosem. Co takiego usłyszałeś w niskich tonach, czego nie dały Ci czarno-białe klawisze?
Szymon Justyński: Chyba tak po prostu musiało być. Gdzieś w wieku 13 lat zacząłem czuć, że pianino i granie klasyki na fortepianie to nie jest do końca to, co czuję na sto procent. Wtedy zaczął się u mnie okres swoistego „buntu" - namiętne słuchanie rocka, szczególnie Led Zeppelin. W ogóle pierwsza linia basowa, jakiej się nauczyłem, to było „We're Gonna Groove" w wykonaniu Led Zeppelin (na basie John Paul Jones). I gdzieś to mnie pchnęło, żeby sięgnąć po bas. A że taki od zawsze leżał w domu, no to pewnego dnia wziąłem go do ręki - i od razu wiedziałem, że muszę na nim grać. To było jak miłość od pierwszego wejrzenia, natychmiastowe kliknięcie. Zamykałem się w pokoju na wiele godzin i grałem, uczyłem się sam. Jaco Pastorius i Stanley Clarke byli dla mnie kolejnym przełomem. To, co mnie fascynuje w basie, to przede wszystkim jego funkcja - uniwersalność i swoboda. Bas może zarówno wspierać sekcję rytmiczną, trzymać fundament, jak i grać solo, prowadzić melodię. Ta dwuznaczność, ta możliwość bycia w tle i na pierwszym planie jednocześnie - to mnie totalnie złapało. I wtedy już wiedziałem, że to jest mój instrument na zawsze.

Redakcja: „El Tornado” na scenie. Skąd wziął się Twój przydomek i jak ta „tornadowa” energia przekłada się na proces komponowania Twoich utworów, takich jak „Mekambe”?
Szymon Justyński: „El Tornado" wzięło się od mojego ruchu scenicznego - po prostu dużo latam i kręcę się po scenie na koncertach na żywo. To się tak jakoś samo dzieje, nie lubię stać w miejscu. Muszę się ruszać, jak gram - muzyka daje mi taki impuls, że przechodzi przez całe moje ciało. Dlatego właśnie latam po scenie „jak tornado". Nadali mi to znajomi muzycy, widząc co „wyprawiam" na koncertach (śmiech). Ale „El Tornado" to raczej sytuacja live. W studio i przy nagrywaniu wolę się totalnie skupić, wyciszyć i pochłonąć całym procesem tworzenia. Scena a nagrywanie w studio - to zupełnie dwa różne światy. Obydwa wymagają trochę innego podejścia. Na live możesz odlecieć z ludźmi, ich energia cię pochłania i dajesz z siebie maxa. A w studio liczy się cierpliwość i maksymalne skupienie - to długi i ciężki proces, szczególnie jak nagrywa się wszystkie instrumenty samemu. Jeśli chodzi o „Mekambe" - ten utwór powstał z radości. Akurat taką czułem, jak go nagrywałem. A tytuł? Hahah, tytuł to znany z internetu mem o tym, jak facet w wywiadzie myli nazwisko znanego francuskiego piłkarza Mbappé i mówi „Mekambe". Tak się z tego śmiałem, że musiałem tak nazwać ten utwór on mi się właśnie kojarzy z tego typu radością.
Redakcja: Jakie to uczucie wracać do Bogatyńskiego Ośrodka Kultury jako uznany artysta, wiedząc, że to tutaj wszystko się zaczęło? Czy lokalna publiczność jest bardziej wymagająca niż ta na wielkich festiwalach?
Szymon Justyński: Zawsze przyjemnie wrócić do BOK-u. Występowałem tu „setki" razy przez całe swoje życie i zawsze jest prawie że rodzinny klimat - wszyscy cię znają i od razu na starcie czujesz się totalnie luźno. Tak samo jest z odbiorem - szczególnie teraz, po latach, odbiór w BOK-u zawsze jest świetny. Lokalna publiczność? To zupełnie inna energia - bardziej rodzinna. Zawsze widzisz znajome twarze, członków rodziny - to jest bardzo miłe uczucie, zupełnie inne niż na dużych festiwalach, gdzie możesz grać przed tysiącami nieznajomych. Tutaj jest bardziej intymnie, bardziej osobiście. Szczególnie pamiętam nasz koncert z Ray Greene Band w BOK-u w kwietniu 2024 roku. W pewnym momencie cała publiczność wstała, tańczyła i klaskała - to było mega uczucie. Takie chwile zostają z tobą na długo i przypominają, dlaczego w ogóle to wszystko robimy.
Redakcja: Grałeś z Rayem Greenem (Tower of Power, Santana). Czego młody muzyk z Polski uczy się od amerykańskich gwiazd soulu i funku podczas wspólnej trasy?
Szymon Justyński: Przede wszystkim granie z Ray'em to ogromne wyróżnienie dla mnie. Jestem jedynym Polakiem w tym zespole i grać z Amerykaninem - z muzykiem, który jest mistrzem funku i soulu, gatunków pochodzących z jego własnego kraju - i widzieć, jak się buja do twoich basowych linii, to największe wyróżnienie, jakie możesz dostać jako muzyk. Najważniejszą rzeczą, jakiej nauczyłem się od Raya, to dyscyplina. Ten facet ma taką samą dyscyplinę jak zawodowy sportowiec - i to wcale nie dziwi, że ma tak potężny wokal i że śpiewa u Carlosa Santany. Zero alkoholu, zero używek, zero papierosów, zdrowe jedzenie, odpowiednia ilość snu. Chcąc być na światowym poziomie jako muzyk w dzisiejszych czasach, trzeba tego przestrzegać. Jak to zobaczyłem na pierwszej trasie z nim, tylko utwierdziło mnie to w tym stylu życia. Bardzo to biorę do siebie i wyznaję tę samą filozofię co Ray: muzyka i cel ponad wszystkie „chwilowe przyjemności".
Redakcja: Czy bycie czynnym muzykiem pomaga Ci lepiej rozumieć potrzeby artystów, którym ustawiasz dźwięk? A może przez to jesteś dla siebie najsurowszym krytykiem podczas własnych koncertów?
Szymon Justyński: Tak - bycie czynnym muzykiem ogromnie pomaga w produkowaniu i miksowaniu muzyki. Po prostu więcej się słyszy dzięki temu, że sam grasz i wiesz, czego potrzebujesz. Lepiej rozumiesz artystów, z którymi pracujesz, bo sam przez to przechodzisz. A jeśli chodzi o koncerty - zawsze staram się dać z siebie 120 procent. Bardzo „wchodzę" w każdy koncert, czy to mały klub na 80 osób, czy duży festiwal na kilka tysięcy osób. Nigdy sobie nie odpuszczam, bo wiem, że niektórzy ludzie zobaczą mnie może pierwszy i ostatni raz w życiu. Dlatego zawsze chcę zostawić po sobie jak najlepsze wspomnienie dla kogoś, kto przyszedł na koncert. Mam takie nastawienie przed każdym koncertem, że „nie biorę jeńców" - to pomaga w głowie zawsze dawać z siebie wszystko. Każdy występ traktuję jak najważniejszy w życiu.
Redakcja: „Last Romantic Warrior” – o czym będzie ta opowieść? Twoja nowa płyta zapowiadana jest jako ambitna, międzynarodowa podróż. Kogo lub co dzisiaj określiłbyś mianem „ostatniego romantycznego wojownika”?
Szymon Justyński: „Last Romantic Warrior" to konceptualna opowieść, która narodziła się w mojej głowie blisko dwa lata temu. Samodzielnie skomponowałem wszystkie utwory oraz zaaranżowałem i nagrałem wszystkie instrumenty w swoim domowym studio - chciałem zbudować spójną i wielowarstwową muzyczną wizję. Projekt stopniowo się rozwijał i naturalnie przyciągnął do współpracy wybitnych muzyków z całego świata: Ray'a Greene'a (Santana, Tower of Power), Marca Russo (Yellowjackets, The Doobie Brothers), KOLO, Unknown Caller, Relyae i wielu innych artystów z USA i Europy. Efektem jest album, który harmonijnie łączy fusion, funk, jazz, R&B i neo-soul ze współczesną muzyką instrumentalną, wzbogacony o elektronikę i filmową, narracyjną oprawę. Muzycznie to podróż przez różne klimaty i emocje, ale wszystko trzyma się jednej historii. „Last Romantic Warrior" to opowieść o poszukiwaniu wrażliwości w świecie opanowanym przez pośpiech i cyfrowy hałas. To muzyczna podróż bohatera, który wierzy, że romantyzm w najczystszej formie - w sensie głębokiego przeżywania, autentyczności i bycia wiernym swoim wartościom - wciąż ma znaczenie. W dzisiejszych czasach bycie takim „romantycznym wojownikiem" wymaga odwagi, bo idziesz pod prąd. Ale dla mnie to jest właśnie ta walka, która ma sens. Premiera albumu zaplanowana jest na MAJ 2026 roku, ale już teraz można posłuchać dwóch singli, które do tej pory wyszły.
Redakcja: Co powiedziałbyś młodemu chłopakowi z Bogatyni, który właśnie bierze do ręki pierwszy instrument i marzy o wielkiej scenie, ale boi się, że z małego miasta trudniej się przebić?
Szymon Justyński: Bez owijania w bawełnę - droga jest ogromnie ciężka, ale jeśli naprawdę to kochasz i nie umiesz bez tego żyć, to warto. Bo nic innego nie daje takiej satysfakcji jak robienie w życiu tego, co kochasz. A po co żyć, jeśli nie możesz robić tego, co kochasz? Dla mnie takie życie nie ma sensu. Szczerze, jeśli nie byłoby muzyki, nie wiem, czy chciałbym w ogóle żyć. To brzmi drastycznie, ale to prawda - muzyka jest dla mnie wszystkim. Pochodzenie z małego miasteczka to dodatkowe utrudnienie, nie będę ukrywał. Ale nie ma rzeczy niemożliwych - wystarczy włożyć naprawdę ciężką pracę i być prawdziwym, bo prawda zawsze się obroni. Ludzie wyczuwają autentyczność. Jeśli robisz coś z serca i dajesz z siebie wszystko, to prędzej czy później ktoś to zauważy. Musisz tylko wytrwać i nie odpuszczać, nawet gdy jest ciężko.
Redakcja: Jakim innym muzykom z Bogatyni kibicujesz? Czy planowane są może jakieś collaby?
Szymon Justyński: Kibicuję wszystkim równo. Jeśli ktoś ma pasję i tworzy swoją muzykę, zasługuje na szacunek - niezależnie od tego, skąd pochodzi. A tak na szybko mogę dodać, że ostatnio słyszałem, iż prężnie w klimatach reggae działa Krystian „K-Jah" Walczak z Bogatyni. Niedawno wypuścił singiel z Maleo. „K-Jah" od kilku dobrych lat mnie wspiera i zawsze podeśle miłe słowo - pozdrowienia dla niego! Są też chłopaki z Bogatyni z undergroundu metalowego - też mają się świetnie, bo wydali płytę w amerykańskiej wytwórni specjalizującej się w tej muzie. Piotrek i Mateusz - pozdrowienia!
Fot. press room, archiwum prywatne