Skończyła się pewna era. Wyjechała na ciężarówkach, niezatrzymywana przez nikogo, fot. Pitfall„Kończy się u nas historia” - tak pomyślałem sobie w zeszłym tygodniu gapiąc się bezmyślnie na pracujący ciężki sprzęt kruszący, kopiący, tnący i wyrywający. Nie znam się na maszynach , ale takie nazwy z funkcji mu nadałem – jakoś tak jest, że lubię coś nazwać po swojemu, żeby później łatwiej się po mojemu rozmyślało...

Kręciło się toto, pracowało warcząc w dziurze nie wykopanej a wykutej w ziemi, pukało, stukało, nabierało do łych – i na samochód. Nad dziurą, pomimo upływu kilkunastu lat niefunkcjonowania CPWI (pamięta ktoś co to za skrót?) unosił się wyraźny winny aromat - taki podobny do tego, jaki poczuć można było obok baru „Stokrotka”, czy też unoszący się z setek plastikowych korków odbijanych na ścieżce w dzień wypłaty wzdłuż ogrodzenia GS-u skręcając z ulicy Wyspiańskiego w prawa stronę mniej więcej w połowie drogi między Listopadową a Skłodowskiej-Curie... Taki jaki czułem przyjeżdżając do mojej Mamy biura, co już na portierni, w korytarzu, jak „składaka” przypinałem łańcuszkiem, z okienka gdzie „a Ty do kogo?” już tylko formalne było...

Taki zapach którego się już nie spotyka, taka to przeszłość, historia już...

Infrastruktura nadziemna i podziemna nie poddawała się łatwo. O ile nadziemna uległa się zmasowanemu atakowi zbieraczy złomu nazajutrz (a może nazawieczór, bo wieczorem zaczęli?) po zaniechaniu kilka lat temu, zakończeniu ochrony tegoż obiektu (świadkowie mówią o trzech dniach potrzebnych do wyprucia brechą, pocięcia brzeszczotem i wywiezienia wzmacnianą dziecięcą „spacerówką” wszelkich elementów sprzedawalnych na złom ), uległa w sensie takim, że trzeba ze względów bezpieczeństwa całość zawalić w sposób kontrolowany... odziemna też nie była gorsza. Piwnice, jakieś pomieszczenia, zbiorniki na wino, przejścia. Zbrojone, w kafelkach, staranne posadzki jeszcze butem spod ziemi i gruzu można wydobyć, pręty gęsto zbrojone. Murowane, budowane solidnie, zgodnie ze sztuką. Trwale. Takie wrażenie solidności. Starości. Jak starość z solidnością kojarzona, solidność ze starością, dawnością. Jak nowoczesność z tymczasowością, krótką gwarancją. Tandetą.

Jeszcze historie niedawno żyły, legendy opowiadane, o piwnicach rozległych, podwójnych poziomach, przejściach, połączeniach z innymi, prywatnych, ukrytych, o bunkrach niektórzy nawet jak o pewniakach opowiadali, co pod tym, albo obok...

- „Tu kopać nie będziemy głęboko, to co stawiać mają lekkie będzie, blacha, stal i plastik, rachu ciachu i jest...” - kierownik w krótkich słowach sumuje operację, nie pierwszyzna dla nich, o legendach słyszał, niejedną obalił. Ale i dopowiada o tych co się nie wyrwało z przestrzeni, zaadoptowanych, wkomponowanych, o postprzemysłowej Łodzi na przykład, o „Tesco” we Frydlancie też słyszał. Lofty i adaptacje. „Bo do tego to trzeba pomysł mieć” - dorzuca z boku kolejny przypadkowy obserwator. Fakt. Bezdyskusyjnie.

- „Jeszcze tylko odwiert kontrolny i po sprawie” - na czwartek się ugadali, wiertło z wiertnicy przebiło zabytkową posadzkę i już wiadomo było, że tu akurat legend nie ma, grunt mocny, stawiać można. Bo to lekkie będzie, szybkie, modułowe, panelowe.

Resztki już ładowane, dziura zionie z ziemi – tylko taka, jaka konieczna, nic ponad. Na upartego jeszcze można historie podkarmiać tym, że może kawałek dalej, albo bliżej rzeki, czy też z boku tu przy willi – gdzie ta prywatna Rollego kolekcja win miała spoczywać, albo może że nie dowiercili dostatecznie głęboko, może jeszcze... A może i nie?

Co ma stanąć, to stanie. Nowe będzie, nowoczesne. Na pewno wkomponuje się w otoczenie, Tesco, Mediaexpert, blaszane garaże, daszki z poliwęglanu. Z przytupem wejdzie, „z wrzaskiem” - jak to ostatnio się określa. Nie wiem tylko, co będzie wrzeszczeć w nowej przestrzeni – blaszane panele czy klinkierowa cegła. Nie wiem która przestrzeń jest punktem odniesienia, punktem wyjścia, nawet tego która historia jest nasza, jaki punkt odniesienia obrać raczą włodarze – czy klinkier wspomniany, czy gumę z przenośników, czy blachę falistą, albo wibrowany beton. Nie wiem. Wiem jedynie to, że to koniec przemysłowej historii Bogatyni. Nie nastąpił teraz, bo teraz zostały jedynie wyrwane i załadowane na samochód resztki. Nastąpił w momencie wygaszenia fabrycznych kotłowni, wyszarpania ostatnich maszyn, a może przekroczenia granicy państwowej przez ostatnich „tutejszych”?

Nieważne. Już jej nie ma. Jakieś próby podejmowane są do ocalenia pozostałości, albo nadania może jakiejś tożsamości miejscom zapomnianym, nie wgłębiam się w to – bo to z wizją nie ma nic wspólnego.

Chyba że z polityczną wizją. Nieważne.

Skończyła się pewna era. Wyjechała na ciężarówkach, niezatrzymywana przez nikogo. Dała miejsce tandetnej następczyni. Z tandetną ofertą – jak mówią przecieki. Wyjechało coś, czego Bogatynia już nigdy nie dostanie. Bo tak już się nie tworzy, tak już się nie komponuje. Tak już nie jest. To koniec pewnej historii, tej która tworzyła to miejsce.

Pitfall

Podziel się ze znajomymi!

W celu zapewnienia jak najlepszych usług online, ta strona korzysta z plików cookies.

Jeśli korzystasz z naszej strony internetowej, wyrażasz zgodę na używanie naszych plików cookies.