Na przełomie kwietnia i maja (27.04–03.05.2026) Stowarzyszenie „BOG-TUR” wyruszyło na kolejną górską przygodę. Tym razem kierunek był jeden – dzikie, piękne i nieprzewidywalne Bieszczady. Było wszystko: wysiłek, śmiech, zachwyt i momenty, które zostają w pamięci na długo. Już pierwszy dzień pokazał, że nie będzie „rozgrzewki”. Na trasie w Bieszczady zdobyliśmy Lackową (997 m n.p.m.) – górę niepozorną, ale bardzo wymagającą. Stromo, krótko i konkretnie – dokładnie tak, jak lubimy. Po tym solidnym początku ruszyliśmy dalej do Wetliny, serca Bieszczad, która na kilka dni stała się naszą bazą i sercem wyprawy.
Drugi dzień to już klasyka Bieszczad: Połonina Wetlińska i podejście pod Chatkę Puchatka. Dalej granią na Smerek, a tam przestrzeń, wiatr i widoki, które trudno opisać. Połoniny to coś wyjątkowego – brak drzew, falujące trawy i horyzont ciągnący się bez końca. Cisza, która naprawdę „brzmi”. Po zejściu trafiliśmy do legendarnej Siekierezady. To miejsce to nie tylko jedzenie – to klimat Bieszczad w czystej postaci. Drewniane wnętrze, rzeźby, stare narzędzia, siekiery wbite w stoły, półmrok i historia zakapiorów unosząca się w powietrzu. Tu po prostu trzeba być.
Trzeci dzień był bardziej „krajoznawczy”, ale nie mniej ciekawy. Najpierw Skansen w Sanoku, gdzie można cofnąć się w czasie, a potem Solina – elektrownia wodna w tamie oraz Jezioro Solińskie. Wjazd gondolą na punkt widokowy pokazał nam Bieszczady z zupełnie innej perspektywy – woda, lasy i przestrzeń robią ogromne wrażenie. Na zakończenie dnia odbył się rejs statkiem przy dźwiękach „Zielonych wzgórz nad Soliną”. Spokojnie, klimatycznie i po prostu pięknie.
2 maja był dniem pełnym wyborów i wielkich emocji. Podzieliliśmy się na trzy grupy. Pierwsza ruszyła na Pikuj (1408 m n.p.m.) – najwyższy szczyt Bieszczadów po stronie ukraińskiej. Trasa długa i wymagająca, ale widoki dzikie i absolutnie warte każdego kroku. Druga grupa zdobyła Krzemieniec, czyli symboliczny trójstyk granic, a trzecia wybrała spokojniejsze, ale niezwykle klimatyczne Sine Wiry – szum rzeki, zieleń i kontakt z naturą. Tego dnia wydarzyło się coś wyjątkowego – Święto Flagi uczciliśmy na dwóch szczytach jednocześnie. Polskie barwy pojawiły się zarówno na Krzemieńcu, na styku trzech państw, jak i na Pikuju po stronie ukraińskiej. To były momenty pełne dumy, wzruszenia i wspólnoty.
Nie zabrakło też prawdziwie dzikich akcentów – podczas przejazdu do Ustrzyk Górnych przed autokarem przebiegł niedźwiedź, dosłownie kilka metrów przed nami. Chwila ciszy, zaskoczenie kierowcy i ogromne emocje – Bieszczady pokazały, że są naprawdę dzikie. Była też adrenalina – zjazd tyrolką o długości około 1300 metrów. Lot nad przestrzenią, prędkość, wiatr i serce bijące jak szalone, a po wszystkim krzyk, śmiech i jedno zdanie: „To było coś!”. W drodze powrotnej nie odpuściliśmy kolejnego szczytu w Górach Świętokrzyskich – w Świętej Katarzynie zdobyliśmy Łysicę, kolejny szczyt do Korony Gór Polski.
Podsumowanie wyprawy robi wrażenie: pokonaliśmy około 85 km na nogach i zdobyliśmy 7 szczytów, którymi były Lackowa, Smerek, Bukowe Berdo, Tarnica, Krzemieniec, Pikuj oraz Łysica. Pozostały nam setki zdjęć i jeszcze więcej wspomnień. Wyjazdy z „BOG-TUR” to coś więcej niż turystyka – to ludzie, pasja i energia, która sprawia, że chce się więcej. Coraz więcej osób zdobywa Koronę Gór Polski, a niektórzy wracają po nią drugi raz. I trudno się dziwić, bo góry naprawdę wciągają. Do zobaczenia na kolejnym szlaku!
Relacja: Barbara Otrociuk
Zdjęcia: Marzena Drozdowska, Marzena Bieleń oraz inni uczestnicy rajdu